Domowe pieczywo wprowadza w sobotnie jesienne popołudnie atmosferę ciepła i przytulności. A jak listopad to nie mogło zabraknąć oczywiście akcentów dyniowych. Tym razem zrobiłam dyniowe bułeczki, takie najprostsze, pachnące masłem i świeżością domowej drożdżówki. Jeżeli lubicie do takich bułeczek można dodać nadzienie z rodzynek, konfitury morelowej albo jeżyn. U nas najlepiej sprawdzą się klasyczne, a domowe konfitury nakładane są już na talerzyku.
Składniki na 9 bułeczek:
40 g świeżych drożdży 80 g. cukru + 1,5 łyżki 250 ml ciepłego mleka + 3 łyżki 3 jajka 65 g roztopionego masła 80 g cukru 450 g mąki pszennej + 3 czubate łyżki
Mleko należny podgrzać tak, żeby było ciepłe, ale nas nie poparzyło, dodajemy drożdże i 2 łyżki cukru. Mieszkamy składniki pod ściereczką przez 15 minut. Masło roztapiamy i chłodzimy do takiej temperatury, żeby je swobodnie można było dotknąć ręką. Kiedy drożdże zaczną pracować w dużej misie mieszamy nasz zaczyn z pozostałą mąką, cukrem, roztopionym masłem i roztrzepanymi delikatnie jajkiem i drugim żółtkiem. Na końcu dodajemy mąkę i wyrabiamy ręcznie tak długo, aż zacznie odchodzić od ręki. Pozostawiamy je na kolejne pół godziny pod ściereczką.
Ciasto przekładamy na stolnicę, delikatnie jeszcze raz wyrabiamy i dzielimy na 9 kuleczek. Każdą kuleczkę przewiązujemy sznurkiem (moja nitka była trochę za cienka), najpierw tak żeby powstały ćwiartki, a potem każdą ćwiartkę na połowę. Odstawiamy na blaszkę wyłożoną pergaminem na chwilę, u mnie dokładnie tyle ile nagrzewa się piekarnik (około 10 minut). Piekarnik nagrzewamy na 180 stopni.
Żółtko mieszamy z odrobiną mleka (3 łyżki) i smarujemy nimi nasze bułeczki przybierające już kształt dyniek. Pieczemy w piekarniku przez około 50 minut. Jeżeli bułeczki za bardzo będą się rumienić można je nakryć pergaminem. Zamiast ogonków można wetknąć kawałki kory cynamonu, zapach będzie roznosił się po całym domu. Po wyjęciu z piekarnika i lekkim przestudzeniu wyjmujemy sznureczki i to już ten czas kiedy możemy zaprosić domowników, zrobić kubek gorącego kakao i delektować się jesiennym wieczorem.
W dzisiejszym poście jedziemy na Węgry. Będzie to jednodniowa wycieczka, ale postaramy się wam pokazać kilka ciekawych miejsc. Może dzisiejszy post zachęci was do wypadu na Węgry. My choć byliśmy jeden dzień polecamy wyjazd na cały weekend.
Na szczycie owalnej góry tufowej nad wioską Boldogkőváralja wznosi się zamek Boldogkő. Jest jednym z najstarszych węgierskich zamków, powstał najprawdopodobniej w XII w. a pierwsze wzmianki o nim datuje się na końcówkę wieku XIII. Jako twierdza chronił drogę koszycką. W XV wieku zamek był gruntownie rozbudowany. Często też zmieniał właścicieli. W 1701 roku zamek został wysadzony w powietrze. Po tym wydarzeniu jezuici przechowywali w nim zborze. W połowie XVIII wieku zamek odkupił rajca królewski. Zamek odrestaurował jednak po tych pracach nie da się już ustalić większości pierwotnych średniowiecznych otworów okiennych i drzwiowych. Po drugiej wojnie światowej zamek stał się własnością państwową. Na początku działało tu schronisko turystyczne. Malowniczy zamek stał się miejscem wycieczek turystycznych. Na początku lat 90-tych schronisko zamknięto, a zastąpiono go wystawami wojskowymi. W 2002 roku na zamku rozpoczęły się kolejne poważne prace rekonstrukcyjne i wykopaliskowe. Zmienił się wygląd zamku: dwie wieże otrzymały dach ochronny. Na „lwiej skale” zbudowano wyjście skalne. Ponadto nastąpiła nie mniej znacząca, ale niewidoczna transformacja. Połączenie podziemne piwnicy zamkowej i winiarni zamkowej (różnica poziomów 20 m). Dzięki temu zmęczony turysta po obejrzeniu zabytków może dostać się prosto do chłodnej zamkowej winiarni. Co prawda byliśmy w lochach zamkowych, ale winiarni nie odkryliśmy. To kolejny punkt do zobaczenia następnym razem. Otoczenie zamku jest rzeczywiście piękne, szczególnie wiosną kiedy kwitną kwiaty w gajach morelowych. Warto tu przyjechać w każdą porę roku, jednak my szczególnie rekomendujemy wiosnę i jesień. Bilet wstępu dorośli 2000 Ft (25,50 zł), dzieci 1300Ft. Otwarty jest codziennie, godziny otwarcia warto sprawdzić na stronie internetowej zamku KLIK TUTAJ
Jadąc w kierunku Egeru zatrzymaliśmy się na chwilę na plantacji winogron. Mimo, że była to połowa października kiście winogronowe radośnie wygrzewały się w promieniach słońca. Pięknie tu. Eger jest znany w szczególności z produkcji dobrej jakości wina i winniczek rozsianych po całej okolicy. Można tu przyjechać, posmakować, a potem zaopatrzyć się w wino w bardzo dobrej cenie. Wiele małych rodzinnych winniczek produkuje też wino na własne potrzeby, a zgromadzone zapasy w przydomowych piwniczkach zapewniają wino na mniejszych i większych rodzinnych uroczystościach.
W Egerze parkujemy zazwyczaj niedaleko dworca autobusowego. Stąd mamy blisko do centrum miasta. Po drodze mijamy majestatyczną katedrę, liceum z ciekawostką w postaci kamery Obskura, pałac biskupów i zmierzamy w kierunku głównego placu miasta nazwanego na cześć bohatera narodowego Istvana Dobo. Nowością w Egerze okazała się karuzela. Trochę dla żartu kupiliśmy bilety, jednak moje poczucie komfortu nie do końca było na odpowiednim poziomie. Widoczki zmieniające się wraz z położeniem naszej kapsuły były rzeczywiście rewelacyjne. Bilety wstępu dorośli 2000 Ft, dzieci 1500Ft.
Kolejnym punktem na mapie Egeru był Minaret. Został wybudowany w 1596 roku ze starannie wykutych bloków piaskowca. W mieście wzniesiono dziewięć minaretów, jednak przetrwał się tylko jeden. Po odzyskaniu miasta Węgrzy chcieli zburzyć minaret przy pomocy 400 wołów, budowla okazała się na tyle stabilna, że na nieusuniętej budowli na czubku półksiężyca umieścili krzyż. Minaret ma wysokość 40 metrów, a na wysokości 26 metrów biegnie dookoła balkon widokowy ograniczony balustradą na który prowadzi 97 wąskich, wysokich i kręconych schodów. Widoki na miasto rewelacyjne, choć i tu moje poczucie komfortu było na jeszcze niższym poziomie niż na karuzeli. Jeżeli macie lęk przestrzeni lub lęk wysokości dobrze zastanówcie się czy chcecie tam wchodzić. Bilet wstępu dorośli 500 Ft (ok. 6,50 zł)
Zamek w Egerze to kolejny punkt spaceru po mieście. My byliśmy tam kilkakrotnie i tym razem podeszliśmy tylko pod bramę. Wybudowano go pod koniec XIII wieku. Jednym z najbardziej znanych wydarzeń w historii miasta jest obrona zamku pod dowództwem Istvana Dobo w 1552 roku. Garstka egerskich wojów odparła ponad trzydziestokrotnie liczniejsze oddziały tureckie. Przekazywana jest legenda o tym jak Turcy dowiedzieli się, że Węgrzy są tacy silni i waleczni bo piją byczą krew, przez co mają czerwone brody. Mieszkańcy miasta oczywiście dostarczyli pod obóz turecki magiczny napój, który nie był niczym innym jak egerskim winem. Jak możecie się domyślić nietrzeźwych Turków było znacznie łatwiej pokonać. Wydarzenie to upamiętnia tablica na murach obronnych zamku, a wino nazywane jest Egri Bikaver (bycza krew). Na zamku w Egerze nie znajdziecie starodawnych komnat, jest tam co prawda muzeum, ale budynku na dziedzińcu przypominają bardziej te nam obecne. Wystawy są bardzo ciekawe, podobnie jak eksponaty na placu zamkowych, szukając chwilę traficie też na katakumby. Dla mnie najpiękniejsze na zamku są widoki na miasto z murów obronnych. W knajpce Piggy Funny zamówiliśmy ciekawy deser. Pyszny choć bardzo słodki. Przypominało ciasto na parze nadziewane marmoladą, polane ogromną ilością waniliowego sosu i posypane cynamonem. Polecamy.
Ostatnim i jednym z najważniejszych punktów każdej wycieczki do Egeru jest wizyta w Dolinie Pięknej Pani ( Szépasszonyvölgy ). Dawniej były tu same proste winniczki z gąbczastym mchem na ścianach, ogromnymi drewnianymi beczkami i miłymi winiarzami, którzy często opowiadali o swoim produkcie, gdzie można było najpierw degustować a potem kupić wino do własnych baniaczków lub kupić większe plastikowe butelki. Cena wina tradycyjnej piwniczce 600 Ft/ litr. Mi najbardziej smakowało wytrawne wino z aromatem słodkich kwiatów, jednak już ta starsza pani nie sprzedawała wina.Wielka szkoda. Winiarz dawał do spróbowania swój produkt, jeżeli nam smakowało z radością sprzedawał nam wino z poczuciem, że to co zrobił podoba się klientowi. Teraz takich winniczek jest już tylko kilka, a większość przekształcono w restauracje nazywane winiarniami. Ceny tu są już o wiele wyższe, a wino sprzedawane jest w firmowych butelkach. Szkoda, że rozwój tego miejsca idzie w taką stronę, bo kiedy znikną ostatnie tradycyjne winniczki dla nas to miejsce straci swojego ducha i niezaprzeczalny klimat.
Zapraszamy do obejrzenia krótkiej relacji z naszego wyjazdu: